Pierwszy raz w Azji – Bangkok część 2!

 

Hello świecie 🙂

 

 

Poprzednią świątynię i przystań dzielił tylko kilometr, ale temperatura w okolicach 35 stopni skutecznie utrudniała szybki marsz. Na szczęście, gdyby ktoś zapomniał ze sobą wody, co kawałek możemy kupić coś dla ochłody, wodę, cole i inne napoje wprost ze styropianowego zbiornika wypełnionego lodem. Gdyby ktoś miał ochotę na coś zdrowszego, moim faworytem były zmiksowane świeże owoce z lodem w różnych kombinacjach. Na pierwszy rzut wybrałem mango, wtedy jeszcze nie wiedziałem że uzależnię się od tego, nie dość że wypełnia żołądek, chłodzi to, jeszcze doskonale gasi pragnienie.

 

 

IMG_2290

Bangkok przedzielony jest rzeką na dwie części, najwygodniejszym, sposobem jej pokonania są łodzie i barki. W Tajlandii jest to tak samo popularny środek transportu jak tuk tuki czy taksówki.

Turyści na drugą stronę rzeki przedostają się praktycznie tylko w jednym celu, aby dotrzeć do Wat Arun – Świątyni Świtu, ze mną było podobnie.

Przed przystanią, jak również w wielu innych miejscach możemy kupić świeże, już obrane, pokrojone i zapakowane w foliową torebkę owoce, głównie ananasy, mango i arbuzy. To naprawdę świetny wynalazek, po drodze możemy skusić się na coś zdrowego i pożywnego zamiast na jakieś batony, słodycze czy inne fast foody. Ogólnie w Tajlandii nie uraczycie zbyt dużo słodyczy więc ciasteczkowe potworki mogą być rozczarowane. Jednak buszując po sklepach udało mi się upolować kilka ciekawostek, np. chipsy z alg morskich w różnych smakach(pycha!), orzeszki ziemne z suszoną rybą czy prażony zielony groszek. Mimo że takie połączenia wyglądają dziwnie, to smakują rewelacyjne.

Równie popularne co owoce są również świeżutkie soki z granatów i zielonych małych pomarańczy, które o dziwo są bardzo słodkie!

 

IMG_2292

Tuż za stoiskami przystań i mój środek transportu 🙂 Z daleka widać długie, zwinne łodzie, wypchane po brzegi ludźmi. Wcześniej znalazłem mapkę na której były zaznaczone łopatologicznie trasy wodne więc jako tako wiedziałem gdzie mam się udać i gdzie mogę dopłynąć z jakiej przystani. Cena zawrotna, można iść z torbami.. Całe 3 THB czyli ok 33gr. Z tej przystani łódki płyną tylko w jednym kierunku- na przeciwny brzeg. Marzenie każdego turysty, nie musimy nawet nic mówić tylko podajemy odliczoną kwotę, przepuszczają nas przez bramki i czekamy.

IMG_2293

Szybko okazało się że łódki, które widziałem z oddali to prywatne wycieczkowce, zapewne należące do biur podróży naciągaczy których spotkałem wcześniej.

My płyniemy barką z kilkoma siedzeniami, jest klimatycznie i prawie pusto 🙂 Tajowie co chwilę spoglądają kątem oka na mnie aż w końcu jeden podszedł porozmawiać. Widok turysty o jasnej karnacji, w zwykłej komunikacji nie jest zbyt częstym widokiem. Na początku trochę ciężko przyzwyczaić się do tego że zupełnie obca osoba podchodzi do ciebie i zaczyna rozmowę, z czasem jednak przyzwyczaiłem się do tego i było to nawet miłe. Tajowie są bardzo pomocni i otwarci, można dowiedzieć się od nich naprawdę sporo o kulturze, tradycjach i zwykłym, codziennym życiu. Nawet bariera językowa nie była wielkim problemem choć czasem bolały ręce od gadania 😉

IMG_2296

IMG_2300

Patrząc z daleka na drugi brzeg muszę stwierdzić, że miałem dużego farta i trafiłem za pierwszym podejściem akurat na tą przystań którą chciałem, jest ich jednak trochę więcej niż na mapce… Parę metrów obok i już płaciłbym naciągaczom a to jest przecież nie do pomyślenia! Jak mógłbym na nich trafić skoro naczytałem się tyle o przekrętach na różnych blogach i forach? Inni tak, ale przecież nie ja!

 

Wat Arun

Na przeciwnym brzegu z daleka tubylcy na motorkach polowali na turystów oferując podwózkę do Wat Arun, tylko po co skoro to 200m od przystani? Jakiś kilometr dalej zorientowałem się że chyba coś poszło nie tak z moim niecnym planem lub Tajowie używają innych miar.. Szybkie sprawdzenie mapy w telefonie (ozłocić tego co wymyślił GPS!) i okazało się że metry są takie same jak u nas tylko ja popłynąłem na wcześniejszą przystań. Chyba jednak źle rozszyfrowałem ich hieroglify. Twardo idę dalej, zostało jeszcze tylko 500m.

Tym razem o dziwo odległości mierzone w metrach były takie jak u nas 🙂

 

Wat Arun

Wat Arun

 

Jak w każdej większej świątyni i tu nie można wejść bez biletu, chyba że masz tajskie rysy twarzy. U mnie niestety to nie przeszło(a próbowałem!) więc wykosztowałem się całe 50THB na wejście. Dookoła głównej atrakcji jest sporo mniejszych kapliczek z różnymi bóstwami. Od progu już czuć zapach kadzideł i lotosu, zapach który kojarzyć mi się będzie z Tajlandią aż do grobowej deski. Każde takie miejsce posiada kilka-kilkanaście różnych posągów. Wygląda to podobnie jak u nas ze świętymi, każdy święty jest patronem czegoś. Tam każda postać również za coś odpowiada, przed czymś chroni lub ma czemuś sprzyjać.

 

Wat Arun

Kawałek dalej główna atrakcja wieczoru, Wat Arun! Przepiękny układ rusztowań, bardzo hipnotyzujący i wprawiający w trans… Szkoda że nikt nie uprzedził mnie jak i kilku innych zwiedzających że świątynia jest w remoncie. Choć nie jestem pewny czy każdy to zrozumiał, gdyż grupka chińczyków robiła z setkę zdjęć pod różnymi kątami i nie mogli wyjść z podziwu jakie to piękne, może myśleli że tak ma być?

Wat Arun

Na pocieszenie mniejsza kolumna nie była w remoncie. 🙂

 

Wat Arun

Turysta zawiedziony to turysta zły? Żaden problem, przy wyjściu stoją trzy małpki, rozbrajają każdego, nawet największego marudę:)

 

Wat arun

Wat Arun

Opuszczając główne atrakcje zajrzałem jeszcze do mniejszej świątyni, choć świątynią ciężko nazwać zwykły namiot rozstawiony obok ogrodzenia głównej wieży. Czasem ciężko rozróżnić co jest świątynią do której wchodząc zdejmujemy buty a co tylko kapliczką, na szczęście na głównych szlakach odwiedzanych przez turystów wiszą karteczki zakazujące wchodzić w butach.

Wat Arun

Podziwiając sporo posągów odnosiłem wrażenie, ze są stare, odpada z nich złota warstwa farby i nikt tego nie naprawia. Byłem w wielkim błędzie! Zazwyczaj posągi w mniejszych świątyniach nie są pozłacane, ludzie modlący się przy nich kupują złote płatki i przyklejają je oddając cześć danemu bóstwu. Pewnie dotyczy to tylko bardziej zamożniejszych wiernych. Z zakupem nie ma żadnego problemu, przy każdej większej świątyni stoją stragany z pakietami startowymi – kwiat lotosu i świeczka- lub bardziej rozbudowanymi zestawami premium zawierającymi olej do świec, płatki złota czy ręcznie robione wieńce.

Wat Arun

Wyjścia z całego kompleksu strzegą różnorakie rzeźby, niektóre ukazane w dosyć ciekawy sposób 🙂

 

Wkurzony pekinczyk

A to mój best of the best, wkurzony pekińczyk! (wybacz Mamo!) Wyobraźcie sobie wkurzonego małego pekińczyka z krótkimi nogami i bujną sierścią, nie jest podobny?:D

Tym pozytywnym akcentem żegnam się ze świątynią i udaje się w stronę przystani, tym razem trafię dobrze! Faktycznie przystań była 200m od świątyni.. Poprzednio jednak pomyliłem przystanie, jak się później okazało przeszedłem zbyt daleko i przegapiłem wejście, które zakamuflowane było w gąszczu straganów. Promy płyną co kilka minut więc nie czekam długo, ale pojawił się problem.. Wpływa prom a stoję bez biletu i nie wiem gdzie mogę go kupić. Nie ma żadnego stoiska, bramek czy człowieczka z biletami, nic, zero, null.. Obserwuję innych ale nikt nie kupuje biletu tylko wsiada. Może maja miesięczne? Idę na żywioł, może się uda bez biletu. Chwilę siedziałem i czekałem aż ruszymy odliczając nerwowo sekundy, ale strasznie mnie to gryzło. Po co za głupie 3 THB płacić mandaty jak mnie złapią, raz już zapłaciłem mandat w Budapeszcie i więcej nie chce! Wysiadam i podchodzę do gościa który kręci się obok cum, mam nadzieje że jest z obsługi lub co nieco wie na ten temat. Tubylec twierdzi że tu biletu się nie kupuje tylko po drugiej stronie.. bardzo logiczne… Jednak przypomniała mi się sytuacja z Malty. Kupując bilet na prom z Malty na Gozo kupuje się go tylko w jedną stronę, powrót jest gratis. Więc z powrotem na prom i płyniemy!

Jednak Taj miał rację, płacimy po drugiej stronie.. przy wyjściu stoją bramki podobne jak te, które widziałem wsiadając pierwszy raz na barkę. Ciekawe co robią jak ktoś nie ma biletu, cofają na drugi brzeg?:)

China Town

Powoli robi się ciemno, dodatkowo żołądek przypomina o swoim istnieniu więc pora coś zjeść, miałem dwie opcje, Khao San Road albo China Town. Khao San to miejsce gdzie trafi każdy turysta, nie ma innej opcji, najbardziej znana i oblegana ulica w tym mieście, znajdziemy na niej bary, kluby, stragany, salony krawieckie i wiele więcej, ale o tym będzie później. Biorąc pod uwagę że Bangkok przeżywa inwazję Chińczyków wybieram China Town. Logicznie myśląc będąc na wakacjach nie będę szukał polskiej dzielnicy żeby coś zjeść tylko zasmakuje lokalnej kuchni, myślałem że Chińczycy myślą podobnie…

China Town

Jak bardzo się myliłem! China Town pęka w szwach! Szpilki nie można nigdzie wcisnąć, ale przynajmniej podszkoliłem moje umiejętności negocjacyjne z kierowcami Tuk-Tuków. Za przejazd z hotelu do tego miejsca chciał 250THB, po kilkuminutowych negocjacjach pojechałem za 150:D. Dobry jestem 😉

China Town

 

Chińczycy mają dziwną tendencję zakupową, stoją cztery takie same straganiki z sokiem obok siebie, najpierw spora grupka łazi w każdą stronę ze trzy razy obserwuje co i jak, czekają aż jeden z nich się wyłamie i podejdzie do któregoś straganu, cała reszta za nim i robi się kolejka z 30 osób a obok pozostałem stragany puste i żaden nie podejdzie. Dlaczego? Tego nie wiem, ale wiem że soczek jest pyszny! Świeżo wyciskany, sama słodycz!

Tajowie też mają dziwne zwyczaje, kupując cokolwiek do picia dostajesz do tego słomkę, nawet do zwykłej wody mineralnej w butelce. Niestety na większe jadło nie mam szans wśród tylu ludzi, wszystkie garkuchnie i bary są oblegane więc ruszam dalej, przed siebie, a to lubię najbardziej 🙂

 

China Town

Kawałek dalej skręciłem w jakąś wąską uliczkę i dotarłem do małej świątyni, w sumie przyciągnął mnie śpiew który słyszałem z oddali.

China Town

Wewnątrz grupka modlących się i śpiewających osób. Będąc wcześniej w innych świątyniach niejednokrotnie słyszałem ich śpiew i modły, ale to było zupełnie inne, dużo bardziej radosne i pogodne. Zatrzymałem się tam na dłuższą chwilę i zapomniałem o całym świecie, dałem się ponieść temu klimatowi i nastrojowi który tam panował. Dodatkowo intensywny zapach kwiatów lotosu i kadzideł potęgował uczucie odprężenia. Niestety wszystko co dobre nie może trwać wiecznie i trzeba ruszać dalej. Godzina była jeszcze dosyć wczesna ( szybko robiło się ciemno) więc postanowiłem pójść kawałek z buta.

Kawałek dalej trafiłem na największy chiński bazar który zajmował powierzchnie kilku ulic. Panowie, wpuście tam swoje kobiety a macie cały dzień z głowy, wcześniej tylko wyposażcie je w nadajniki GPS żeby się nie zgubiły. A jest to całkiem możliwe! Kupując słodką przekąskę żeby uspokoić żołądek, coś w rodzaju smażonego banana w cieście, sprzedawca w międzyczasie tłumaczył Amerykanom jak mają wyjść stąd:)

Można tu kupić naprawdę wszystko, od jedzenia, przez ciuchy kończąc na elektronice. Jest naprawdę ogromny, dodatkowo stragany rozstawione są po obu bokach oraz na środku ulicy więc niejednokrotnie 2 osoby mają problem żeby się minąć.

 

Bazar

Niestety naczytałem się na innych blogach (ach te blogi!) jak to kradną na takich bazarach, że trzeba uważać itp. więc nie wyciągałem telefonu żeby zrobić zdjęcia(teraz tego żałuję!). Cichaczem zrobiłem fotkę wyżej. Praw autorskich tam nie ma, prawie jak u nas w latach 90 🙂 Można kupić najnowsze produkcje filmowe w foliowych woreczkach za śmieszne pieniądze.

Nawiązując do bezpieczeństwa, przy wyjściu byłem świadkiem jednej groźnej sytuacji podczas całego pobytu, młody dzieciak zwinął kobiecie torebkę i zaczął uciekać. Zaskoczyło mnie to co było dalej, momentalnie podbiegł do niego starszy Taj, chwycił za kark, spuścił lanie tak aby oduczyć młodego kraść po czym oddał torebkę i przeprosił za niego. U nas raczej nie spodziewałbym się takiej reakcji..

Chodząc po mniej turystycznych dzielnicach to raczej ja byłem atrakcją turystyczną dla lokalnych, niejednokrotnie podchodzili i zagadywali, pytali o plany, na jak długo tu jestem, wskazywali co mogę fajnego zwiedzić po drodze, gdzie zjeść itp, naprawdę Tajowie są strasznie sympatyczni i pomocni o czym już wcześniej wspominałem.

Błądząc po straganach zrobiło się późno więc czas wracać do hotelu, negocjacje znów owocne, jadę za 130THB aż pod sam hotel! Żołądek wciąż o sobie przypomina więc trzeba coś zjeść, najlepiej lokalnego. Wybór padł na najpopularniejsze uliczne jedzenie w Tajlandii, pad thai z kurczakiem. To nic innego jak różnego rodzaju makarony, kiełki i inne dodatki, lekko przepieczone z dodatkiem różnych sosów. Smak ciężko opisać, trochę jest to słodkie,trochę słone, trochę kwaśne, w skrócie niepowtarzalny smak, aż poleciała mi ślinka na samą myśl. Być w Tajlandii i nie spróbować tego to jak być w Toruniu i nie jeść piernika 🙂 Cena jest również bardzo dobra, ok 80THB w głównych turystycznych miejscach do ok 45-50 poza centrum. Do każdej porcyjki możemy dobrać limonkę, płatki suszonej bardzo pikantnej papryki lub pastę chili. Nie polecam osobom z delikatnymi żołądkami:)

Po kolacji czas na prysznic i trochę snu. Następnego dnia spróbuję nie zaspać i zdążyć na samolot na rajską wyspę Ko Samui!

Wizyty w Bangkoku nie będę jeszcze podsumowywał, wrócę tu ostatniego dnia 🙂

 

 

To już w następnym odcinku:

Ko Samui

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *