Pierwszy raz w Azji cz. 3 – Ko Samui!

 

 

Wstaje kolejny piękny dzień w Tajlandii, więc nie tracąc czasu trzeba się trochę doprowadzić do porządku, wymeldować i wyruszyć w drogę na rajską wyspę! Wymeldowanie zazwyczaj wygląda wszędzie tak samo, oddajemy klucze, ewentualnie dostajemy zwrot depozytu i w drogę. W tym cudownym hotelu czeka na gości jeszcze jedna niespodzianka, przed tym jak otrzymasz zwrot depozytu recepcjonista musi skontaktować się przez krótkofalowe z pokojówką, ta musi sprawdzić pokój i stwierdzić że nic nie narozrabiałeś, wtedy dopiero dostaniesz zwrot . Na szczęście zostawiłem mały napiwek na poduszce więc usłyszałem „room OK” i Bathy wróciły do mnie. Zastanawia mnie jedna rzecz, mimo że człowiek wie że nie narozrabiał, nic nie zepsuł, wszystko zostawił tak jak było a i tak boi się że coś znajdą .

 

Bangkok 1

 

 

Przy wejściu do hotelu, praktycznie pod nosem nosem zawsze stoi kilka, jeśli nie kilkanaście taksówek i tuk-tuków, nic tylko wsiąść i pojechać!  No ale wujek dobra rada mówił że pod hotelem jest najdrożej, średnia cena to ok 45zł za dojazd na lotnisko z którego startują samoloty Air Asia, więc trzeba odejść kawałek dalej, przecież podróżuje budżetowo.

Kawałek do pojęcie względne.. bardzo względne, przez następne 2-3km nie widziałem żadnej taksówki, jak na złość wszystkie się pochowały! Dobrze że mam zwyczaj dużo wcześniej zjawiać się na lotnisku więc mam zapas czasu. Autobusy czy podniebne trajtki niestety nie wchodziły w grę gdyż komunikacja z mniejszym lotniskiem nie jest tak rozwinięta jak z głównym na którym lądują samoloty „normalnych” przewoźników. Air Asia niestety do takich nie należy, to taki odpowiednik Ryanaira czy Wizzair’a. Podobna sytuacja jest w naszej Warszawie która posiada 2 lotniska . Pierwsze to Okęcie w którego startują głównie samoloty większych przewoźników. Drugie to Modlin które na początku obsługiwało połączenia Wizzaira i Ryanaira (czyli tanich przewoźników). Obecnie sytuacja wygląda trochę inaczej gdyż po awarii pasa w Modlinie wizzair przeniósł się na stałe na Okęcie.

W drodze powrotnej do miejsca gdzie widziałem ostatnią taksówkę na szczęście udało mi się złapać swego upragnionego przewoźnika. Zaoszczędziłem całe 5 zł ale co w nogach to moje. Okazało się nawet że autostrada jest w cenie co nie zawsze jest tak oczywiste. Część taksówek aby nabić większą kilometrówkę i więcej zarobić omija autostrady za które trzeba dodatkowo płacić i skracają one podróż, turyści niestety zazwyczaj o tym nie wiedzą.

Po ok 40stu minutach jestem już na lotnisku, szybkie sprawdzenie czy nie mam żadnych niebezpiecznych przedmiotów i jestem już po drugiej stronie bramek. Lotnisko podobnie jak główne lotnisko Suvarnabhumi nie należy do najmniejszych. Dojście do bramki zajęło mi jakieś 25 min. Po drodze zdążyłem się zgubić ale to się wytnie, tak byłem zapatrzony na kolorowe samoloty dookoła że zapomniałem do której bramki idę.

 

Nok Air

Przyznajcie sami że Nok air ma słodką mordkę 🙂

 

Niestety nie tak łatwo dostać się na wyspę Koh Samui, najpierw musimy dolecieć na lotnisko Surat Thani, potem ok godziny jazdy autobusem i 40 minut łodzią. Wyspa jest coraz atrakcyjniejsza dla turystów więc bez problemu można wykupić transfery za nieduże pieniądze.Nie warto też rezerwować z wyprzedzeniem transferów, na miejscu jest taniej.

Najbardziej znanym pośrednikiem jest Lomprayah. Oferują transfery nawet z Bangkoku ale przez to że wykorzystują busy czasowo nie wychodzi to zbyt opłacalnie. Transfer z lotniska na wyspę zarezerwowałem przez ich stronę internetową. Bardzo szybko potwierdzają rezerwacje i przesyłają bilet w postaci maila który należy wydrukować i mieć przy sobie. I tu się teraz zaczyna zabawa…

Ko samui

Zanim zobaczę ten piękny widok jeszcze parę przygód przede mną 🙂

 

Po wylądowaniu w hali przylotów jest kilka firm które oferują transfery, jednak tak naprawdę to tylko pośrednicy i wszyscy i tak ląduję w 2 autobusach ale o tym przekonałem się dopiero później.

 

 

Nawet udało mi się nie zgubić biletu więc trzeba znaleźć jakieś  stanowisko przewoźnika żeby dowiedzieć się co dalej. Niestety mój sokoli wzrok nic nie upatrzył oprócz baru i kawiarni choć to może wina tego że nie jadłem nic od samego rana, szczerze mówiąc tak byłem przejęty tym wszystkim że zapomniałem o śniadaniu. Gdyby nie niemiłosiernie zbliżająca się godzina odjazdu autobusu pewnie usiłowałbym oderwać żołądek od kręgosłupa ale nie pora na to, najpierw formalności! Na samym środku hali przylotów namierzyłem informacje z które skierowali mnie do najdalszego i najciemniejszego zakamarka lotniska w którym znalazłem małe okienko z grafiką przypominającą łódź z ogłoszenia.

 

Ko samui

Wszystko niby ok ale nazwa się nie zgadza, miało być Lomprayah a jest Mprayah. Dopiero po chwili zaskoczyłem że zawiesił się wyświetlacz (to przez głód, to moja wersja i jej będę się trzymał!).

 

IMG_4722

Podaję swój wydruk, miła pani zaznacza mazakiem na moim bilecie jego numer i każe podejść do innego okienka, wszystko ok gdyby nie to że przed chwilą tam byłem i kazali mi przyjść tu. Ale przecież jestem turystom i co będę się kłócił,  przecież oni wiedzą lepiej. W pierwszym okienku sprawdzili numer, dopisali OK i kazali podejść z powrotem tam gdzie byłem…  biurokracja lepsza niż w naszym ZUS. Na szczęście było to już ostatnie okienko w którym otrzymałem naklejkę z miejscem docelowym i godziną o której odpływa moja łódź. Wszystkich w takimi samymi plakietkami wpakowali to jednego autobusu i w drogę. Rezerwując transfer przyznam się ze rezerwowałem go na styk, miałem świadomość że mogę nie zdążyć ale nawet gdyby,  to zawsze jakaś przygoda. Okazało się jednak że miałem aż nadto czasu. Nie wiem czy zawsze tak jest czy czekaliśmy na jakiś samolot ale wyruszyliśmy z godzinnym opóźnieniem.

 

Lomprayah Ko samui

 

Autobus dowiózł nas na przystań gdzie czeka już na nas superszybka łódź, główna atrakcja transferu. Jednak zanim wpuszczą na nią wygłodniałych turystów biurokracji część dalsza. Bilet który mam to jednak nie bilet a potwierdzenie, ponownie muszę ustawić się w kolejkę do okienka gdzie trzeba wpisać się na listę, ciekawe po co. Pierwsze co przyszło mi na myśl to pewnie gdyby łódź zatonęła chcą wiedzieć kto nią płynął, dopiero po tym dostajemy bilet choć boję się użyć tego stwierdzenia gdyż to co wydawało mi się biletem już dwukrotnie okazało się być tylko potwierdzeniem.

lomprayah Łódź

 

 

Łódź prezentuje się bardzo przyzwoicie choć swoje lata świetności ma już za sobą, nie spodziewałem się że ma takie duże przyśpieszenie, w pełni zasługuję na nazwę high speed! Na miejscu okazało się że w cenie nie ma wejścia na górny pokład, to dodatkowe 100THB. Trafiłem chyba na jakaś wycieczkę totalnych skner bo nikt nie skorzystał z tej opcji, cichaczem też nie dało się wejść.  To jednak nie koniec dodatkowych opłat, będąc przezornym kupiłem bilet w dwie strony, wraz z transferem na lotnisko, w cenie wliczony jest transfer z dowolnego hotelu. W rezerwacji podałem adres więc sądziłem że zostanę dowieziony darmo. Oczywiście nie było z tym problemu, tylko że to „za darmo” kosztowało dodatkowo 150THB płatne obsłudze łodzi. Na pocieszenie nie byłem jedynym zdziwionym, sporo osób nie wczytało się że drobnym druczkiem wyraźnie napisali że odbierają za darmo z hotelu, ale nie dowożą 🙂

 

Ko samui Resort

Mój mały raj na najbliższy tydzień 🙂

 

Ko Samui nie bez powodu ma miano rajskiej wyspy… naprawdę jest tam jak w raju! Każdy znajdzie coś dla siebie, wschód wyspy do bardziej imprezowa część co średnio mnie interesowało więc wybrałem północ, plaże nie są co prawda piaszczyste, raczej bardziej kamieniste i osoby o wrażliwych stopach mogą mieć problemy z chodzeniem ale za to jest tu spokój i cisza.

 

Ko sami Resort

 

Ceny poza sezonem są naprawdę niskie, za cały domek który widać wyżej przy plaży który widać na zdjęciu zapłaciłem ok 80zł za dobę. Kawałek dalej cena spada już o połowę.

 

6

Wnętrze domku urządzone jest bardzo klimatycznie 🙂

7

Zazwyczaj wyznaję aktywny wypoczynek czyli zwiedzać, zwiedzać i jeszcze raz zwiedzać, ale tym razem udzielił mi się klimat wyspy.. Mamo jestem w raju! W planach miałem zwiedzanie wyspy po zameldowaniu ale stwierdziłem że nie ruszam się stąd.. nie dziś..

 

Raj

Ciekaw jestem czy ktoś mając taki widok z małego tarasiku ruszałby się gdzieś dalej pierwszego dnia 🙂 W życiu! Zostaję tu!

Praktycznie całe popołudnie przesiedziałem wsłuchując się w szum fal i czytając książkę którą targałem przez pół świata. Jeszcze przed wylotem stwierdziłem że czas iść z duchem czasu i kupić jakiś czytnik e-booków, po co targać ciężką książkę skoro można zabrać jedno małe cudeńko z setkami pozycji? Pomysł równie szybko upadł co się narodził. Przecież to nie ma duszy! Książka to książka, można przerzucać kartki, poczuć jej zapach, czytnik nikomu tego nie da, nie zastąpi prawdziwej książki. Dosłownie kilka godzin przed wylotem zorientowałem się nie mam w domu żadnej książki której jeszcze nie przeczytałem więc trzeba coś kupić. Po drodze mijałem Empik więc misja była bardzo prosta: kupić dobrą książkę, niezbyt ciężką żeby nie targać jej godzinami na plecach. Zgadnijcie co wybrałem? Najgrubszą i najcięższa książkę jaka była w całym sklepie.. Metro 2033.. ale co tam, będę miał co czytać przez długi lot i wieczorami.

9

Pod wieczór chwyciły mnie wyrzuty sumienia że nic nie robię więc wybrałem się upolować zachód słońca.

10

W okolicy mieszczą się raczej resorty z wyższych półek cenowych które poza sezonem świecą pustkami więc jest naprawdę spokojnie, podczas godzinnego spaceru spotkałem zaledwie pięć czy sześc osób. Jak się później okazało resort w którym byłem to rodzynek w tej okolicy, jeden z lepszych w stosunku cena/jakość. Dodatkowo muszę przyznać że jest tam naprawdę rodzinna atmosfera ale o tym później:)

11

 W nocy miałem gościa w domku, przyznam że trochę się wystraszyłem bo hałasu robił co niemiara, myślałem że coś dużo większego się zakradło 🙂

 

 

12

 

 

Następnego dnia z rana postanowiłem trochę pozwiedzać, przecież ile można leżeć i słuchać szumu fal….? Długo ale sumienie już bardzo męczyło:) Najdogodniejszym środkiem lokomocji na wyspie jest skuter. Ceny są bardzo zawrotne, od 15zł za cały dzień za najzwyklejszą nieco już zdezelowaną 50-tkę,  po 30-40zł za świeższe okazy. Skuter wynająłem od właściciela resortu za 20zł na dzień. Nie pytał nawet czy mam prawo jazdy, nikt tego tu nie respektuje, zapytał jedynie czy chce kask oraz czy jeździłem wcześniej. Odparłem że z jazdą nie mam problemów ale nigdy nie jeździłem po lewej stronie (na wyspie obowiązuje ruch lewostronny). Uśmiechnął się pobłażliwe po czym stwierdził ze lokalni mieszkańcy już dobrze znają turystów i uważają na nich, jak ktoś będzie chciał mnie wyprzedzić to zatrąbi żebym o tym wiedział (i tu rozwiązała się zagadka dlaczego często w Tajlandii trąbią na turystów) oraz co najważniejsze jeśli pojadę prosto i nie będę skręcał ze strachu to i tak wrócę w to samo miejsce bo przecież to wyspa!

Ko samui

Przyznam się że pierwszego dnia niezbyt interesowała mnie trasa do hotelu, zbyt zajęty byłem podziwianiem widoków z okna buska. Dzięki temu po wyjściu za bamę resortu przeżyłem szok…. Gdzie ja właściwie jestem? Po lewej krzaki, po prawej krzaki a z przodu dżungla. Na szczęście kawałek dalej zaczął się asfalt więc jazda na skuterku nie gwarantowała delirki na koniec dnia. Szybko obczaiłem że słabo działa jeden hamulec, ale co tam , przecież działa drugi 🙂 Plan na dziś mam bardzo szczegółowy, specjalnie podzieliłem po na podpunkty żeby niczego nie pominąć. Punkt pierwszy to jechać prosto, punkt drugi to nie przewrócić się na skuterze, punkt trzeci to trafić z powrotem do resortu. Przy ostatnim punkcie zabezpieczyłem się pinezką na mapie w telefonie:)

 

2

Mimo początkowego lęku przed jazdą po lewej stronie muszę stwierdzić że naprawdę nie ma się czego bać, tylko raz wbiłem się pod prąd 😀 Zostałem szybko nawrócony na prawidłowy tor jazdy przez uprzejmego Taja, przy okazji dowiedziałem się od niego gdzie jest najbliższy rynek ze świeżymi owocami. Obowiązuje tu zupełnie inna kultura jazdy.

W połowie drogi przypomniało mi się że o czymś zapomniałem… nasmarować się kremem do opalania a że robiło się późno to trzeba było powoli wracać. Plan niezły tylko że wskazówka paliwa nieuchronnie zbliża się do znaczku E… Pewnie niektórzy nie wiedzą (zwłaszcza kobiety:) ) że E nie oznacza „EEE jeszcze mogę jechać” lub ” EEE odstawie i stary zatankuje” lecz bardzo delikatnie informuje że skuterek nie wielbłąd, pić musi i czas jechać na stacje. Wcześniej naczytałem się i naoglądałem u Cejrowskiego że przy drodze kupuje się litrowe butelki z benzyną, faktycznie co kilkaset metrów można spotkać lokalnego „przedsiębiorce” oferującego upragnione oktany. Tylko po co skoro w każdej większej miejscowości jest normalna stacja? Nie dość że tańsza to obsługa wyuczona jest jak postępować z turystami. Momentalnie ktoś podchodzi, prosi o klucze aby dostać się do wlewu i pyta czy lać do fula.. pewnie że tak 🙂 Ceny benzyny są bardzo podobne jak u nas, czasem płaci się obsłudze która tankuje, czasem w okienku. Nie rozgryzłem tego mimo że tankowałem nie raz na tej samej stacji.

 

3

Źródło seekateblank.com

 

Skoro tak wszystko pięknie wygląda po co są stoiska z butelkami? Wróćmy do genezy oznaczenia E… E czyli Empty, po „naszemu” to oznacza pusty. Większość turystów sądzi że skuter jeździ na wodę,wiatr lub dobre chęci. Niestety muszę Was zmartwić, tak nie jest, skuter potrzebuje paliwa żeby jechać, no chyba że przerobimy go na hulajnogę i będziemy odpychali się nogami ale to średnie rozwiązanie, nie dość że sporo waży to jest szeroki i można obszorować sobie nogi. Niektórzy są też zbyt pochłonięci zwiedzaniem i podziwianiem widoków aby pamiętać o sprawdzaniu wskaźnika paliwa.  Wierzcie lub nie ale nie dziwie im się, jadąc przed siebie i będą pochłoniętym tym pięknym rejonem bardzo łatwo zapomnieć o czymś tak prozaicznym jak tankowanie. Dla pierwszych i drugich są właśnie te stanowiska:)

4

Gdzieś w tym rejonie znajdował się wjazd do mojego resortu, nie łatwo trafić tam za pierwszym razem. Jakieś 2 km dalej stwierdziłem że nie kojarzę tego rejonu.. Nic dziwnego, dawno przejechałem wjazd. Zawracając natknąłem się (a właściwie oni na mnie gdy sprawdzałem mapy w telefonie) na parkę z Australii która miała ten sam problem co ja, co więcej szukali tego samego resortu :).  Drugie podejście było już udane, dojechałem cało więc w nagrodę pora na coś dobrego do jedzenia.

 

5

Zaraz przy domku miałem jadłodajnie, normalnie żyć i nie umierać! Na pierwszy ogień poszło Pad Thai o którym wcześniej już opowiadałem, potem kurczak z papryczkami.

Szybko udało mi się zaprzyjaźnić z miejscowymi, dowiedziałem się że cały resort to rodzinny interes, nie muszę trzymać się też menu bo całość przyrządzana jest na miejscu dopiero po zamówieniu, zwłaszcza że dla turystów przyrządzane są mniej pikantne potrawy tak aby nie rozstroić im żołądków. Różnica w smaku jest spora, dwa razy musiałem potwierdzać czy aby na pewno chce tego kurczaka… Jest moc… 🙂 Przy okazji dostałem opierdziel od kobiety z kuchni że łażę bez kremu do opalania, a za to że byłem dzielny i zjadłem kurczaka jak prawdziwy Taj nawet nie popijając niczym, otrzymałem krem na poparzenia słoneczne domowej roboty 🙂

Powoli się zbliżał się wieczór, temperatura spadała więc coraz bardziej przypomniała o sobie moja opalenizna.. choć może raczej spalenizna. Krem był chyba najlepsza rzeczą którą otrzymałem tego dnia, wcześniej nie raz spaliłem się na słońcu i zazwyczaj stękałem potem przez dwa lub trzy dni, teraz też przygotowany byłem na to samo.

 

6

Po sutym obiedzie znów polowanie na kolejny zachód słońca 🙂

7

Na kolację udało mi się upolować liczi na bazarku, świeżutkie, prosto z krzaka 😉

8

Wszystkie chatki były pilnie strzeżone prze Mr. Liona, prośba by schować buty do środka była uzasadniona 🙂 Niestety psinka nie załapała się na żadne zdjęcie, sprytnie uciekała przed aparatem, wyglądem bardzo przypominał Liona ze zdjęcia. Przed snem postanowiłem sprawdzić pocztę (ach to uzależnienie), lokalnej karty sim niestety nie miałem więc pozostaje Wifi. Na drzwiach wisi lista dostępnych sieci wraz z hasłami ale telefon nic nie łapie. Pewnie router jest gdzieś dalej i nie łapie zasięgu, tyle dni wytrzymałem bez neta więc jeszcze jeden dzień mnie nie zbawi.

Zbawi albo nie zbawi… A jak ktoś coś ważnego napisał? Czasem człowiek sobie coś wkręci, zupełnie bez żadnego, najmniejszego powodu… Wyjście jest tylko jedno, tournee po resorcie w poszukiwaniu Wi-Fi. Wycieczka okazała sie bardzo owocna, poznałem każdy zakamarek w okolicy oraz właściciela który oznajmił że jest awaria sieci i niedługo powinno zacząć wszystko działać. To „niedługo” w praktyce oznaczało do końca mojego pobytu ale detoks od internetu, fejsa, poczty dobrze mi zrobił.

9

Na kolejny dzień mam już konkretny plan na zwiedzanie ale to w następnej części:)

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *