Pierwszy raz w Azji cz. 4 – Ko Samui!

Hello World!

 

Wstaje następny piękny, ciepły i słoneczny dzień na rajskiej wyspie, bardzo chciałem upolować wschód słońca na plaży, ale trochę mi nie wyszło. Dzionek wstaje,  a ja jeszcze nie… Jak wstawałem zakręciło mi się w głowie, uderzyłem się o kant miękkiej poduszki i zemdlałem! To jest moja wersja i jej będę się trzymać!  Na szczęście szybko ruszyło mnie sumienie(albo potrzeba ale ciii) więc wstałem, ogarnąłem się i w drogę!

Odpalając przepiękne, lekko przyrdzewiałe,  ale za to z pełnym bakiem i jedyne w swoim rodzaju dwa kółka,  przypomniałem sobie o kremie do opalania. Wrrrróóóóóóććććććc żołnierzu! Do domku marsz! Nie powtórzę błędu z poprzedniego dnia, choć muszę przyznać że mazidło, które dostałem na swoją spaleniznę od kobiety z jadłodajni zdziałało cuda, mimo że byłem czerwony jak cegła (tak, słucham właśnie dżemu i tak mi się skojarzyło) nic nie piekło, musiałem się uszczypnąć żeby w to uwierzyć. Powiadają że przezorny zawsze ubezpieczony, więc wysmarowałem się dwa razy i w drogę.

 

Na mapach w telefonie pinezkami zaznaczyłem co chcę odwiedzić, oraz swój domek więc raczej się nie zgubię.  Pierwszą atrakcją był największy i chyba najbardziej rozpoznawalny pomnik Buddy na wyspie, Big Budda. Z daleka robi spore wrażenie, w najwyższym punkcie ma 12m.  Przed wejściem na schody kilka tabliczek informuje nas że to miejsce święte, należy zdjąć buty i zachowywać się z należyta powagą. Nie można również przebywać tam z odkrytymi ramionami oraz spodenkami lub sukienkami które w których ma się odkryte kolana.  Gdyby jakieś zabłąkanej duszyczce o tym się zapomniało, lub co gorsza liczyła na to że może się uda,  mam złą wiadomość, nie uda się. Dookoła mnisi czuwają nad niesfornymi turystami.  Obserwując jakiś czas innych ludzi zauważyłem, że mimo wszystko kilka osób próbowało ignorować zakazy. Nie mogłem pojąć ich toku myślenia, w jakim celu to robią? Nieodpłatnie można wypożyczyć jakaś narzutę czy dużą chustę aby przykryć ramiona. Butów też nie chcieli ściągać, może mieli dziury w skarpetach? Wiem że same się robią i to zawsze w najmniej oczekiwanym momencie ale można przecież dyskretnie sprawdzić wcześniej co siedzi w butach, gdyby nawet okazało się że coś nam przeżarło skarpety na wylot to za pójście na bosaka nikt nic złego nam nie powie. Co więcej sporo osób tak chodzi, jest to całkiem wygodne.

 

Bi Budda Ko samui

 

Warto wspiąć się na szczyt choćby dla samego widoku, niestety zdjęcia od „lepszej strony” zostały prześwietlone przez palące słońce, ale obiecuję poprawię,  następnym razem porobię więcej zdjęć 🙂

 

Na samej górze, dookoła pomnika porozwieszane są różnej wielkości dzwoneczki pozostawione przez wiernych, które nawet przy niewielkim wietrze radośnie dają o sobie znać. Warto na chwilę przysiąść ,odpocząć i wsłuchać się w dźwięki Tajlandii. Dźwięki które raz usłyszane pozostają na długi czas.

Ko Samui

 

A teraz czas mały quiz bez nagród (z nagrodą będzie za jakiś czas), opuszczając świątynie spotkałem bardzo ciekawy pomnik, zastanówcie się chwile i powiedźcie kogo wam on przypomina? Skupcie się na jego uśmiechu 🙂

Ko Samui

.

.

.

.

.

.

Parę kropek żeby nie zdradzić odpowiedzi, przewijaj dalej!

 

.

.

.

.

 

 

Odpowiedź poniżej!

Bobek

 

Czyż nie jest podobny? 🙂 Jeśli pamiętasz tą bajkę to znaczy że miałeś zajebiste dzieciństwo!

 

 

Posągi Buddy zawsze otoczone są przez inne postacie, które go „strzegą”, mają one  symboliczne znaczenie,  są to demony które uległy i ochraniają go.

W pierwszym momencie gdy zobaczyłem Big Budde byłem tak przejęty tym że nie zauważyłem wielkich posągów przed wejściem, dostrzegłem je dopiero jak opuszczałem świątynie. Przecież są bardzo małe i łatwo je przeoczyć!

Ko Samui Atrakcje

 

Kolejną atrakcje od tego miejsca dzieliło tylko 1500m, więc postanowiłem użyć napędu nożnego. Po drodze można podziwiać sporo rożnych kolorowych posągów, przedstawiających akty z życia mieszkańców jak i legendy.

 

Ko Samui

W porze chłodnej jest tu małe jezioro, teraz niestety syrence zachciało się pić i wszystko osuszyła 😉

Ko Samui

 

 

No ten, tego.. jeśli to pani to muszę stwierdzić że ma duże argumenty….. jeśli to facet to.. zostanie to bez komentarza, nie chcę być niepoprawny politycznie 🙂

Ko Samui

 

Kolejna atrakcja średnio jest związana z tematem Tajlandii ale warto rzucić okiem na twory lokalnych artystów.

Ko Samui

 To chyba najlepszy sklepik z pamiątkami który widziałem na wyspie, nie wiem co prawda jak coś takiego ma się kojarzyć rajskimi klimatami, ale gdyby tak pokombinować, pewnie coś by się wymyśliło.

Ko Samui

 

 

Zwróćcie uwagę na poniższy posążek, w naszych miejscach kultu wszystkie postacie są poważne, czasem dopuszczalny jest lekki uśmiech ale w granicach które uważane są za przyzwoite w takich miejscach. Zazwyczaj postacie mają zmusić na do zadumy, przypominają że Bóg wysłał swego Jedynego Syna który wiele wycierpiał, którego ukrzyżowano za nasze grzechy. W buddyzmie nie znajdziemy niczego takiego,  rzeźby, posągi czy obrazy nie przedstawiają scen które które możemy uznać za smutne czy przygnębiające.

 

Ko Samui

 

 

Nieopodal kolejna świątynia, cały kompleks znajduje się na jeziorze a główna, środkowa część jakby unosiła się na wielkim liściu.Ko Samui

Ko Samui

 

 

Po bokach znajdują się dwa wielkie posągi które są raczej większą atrakcją turystyczną niż sama główna świątynia.

Posąg widoczny na zdjęciu to Guanyin, (nie gua-coś-tam, przeczytaj jeszcze raz, powoli i poprawnie!) bogini miłosierdzia i współczucia, akurat na tej wyspie ma 18 ramion, jednak może mieć ich dużo więcej w zależności od wizji artysty , tak aby móc pomóc wszystkim ludziom jednocześnie

Ko Samui

Po drugiej stronie znajduje się trzydziestometrowy Wat Plai Laem, tak zwany Gruby Budda który symbolizuje dobrobyt i dostatek. Wiecie dlaczego Budda czasem jest gruby a czasem chudy? Legenda głosi że kiedyś był szczupły ale zaczęły się nim interesować kobiety które mogły go rozpraszać, zaburzyć jego wewnętrzny spokój i harmonię, dlatego postanowił przytyć. Ponoć skutecznie zniechęciło to kobiety do zalotów. No cóż.. chyba muszę przejść na dietę, idzie ktoś pobiegać? 🙂

 

Cały kompleks to nie jedynie turystyczna atrakcja lecz prężnie działające miejsce kultu. Żeby nie było za różowo, znajdziemy też typowo turystyczne elementy jak np. pokarm dla rybek z jeziorka za jedynie 10-15THB. (1.5zł)

Ko Samui

 

Powiadają że w raju czas wolno płynie.. nie prawda! Oni kłamią i to bezczelnie w żywe oczy! Czas strasznie tam zasuwa, wstajesz, trochę pochodzisz, i już robi się ciemno…

 

 

 

 

Powoli już świta, ,niestety przede mną już ostatni pełny dzień na wyspie, tym razem udało mi się wstać rano i upolować wschód słońca na wyspie!

Ko Samui

 

 

 

Żartuje, to nie wschód tylko zachód, znów rano prowadziłem zażarte konwersację z poduszką która nie pozwoliła mi wstać. Ponoć wschód słońca jest przepiękny na tych wyspach, kiedyś pewnie się przekonam. Nawiązując do tego, przypominała mi się znajoma przodowniczka w Chile która oprowadza wycieczki po pustyni Atacama, mimo że robi to już od 2 lat i z każdą grupą wieczorem jedzie oglądać zachód słońca, sama go jeszcze nie widziała, zawsze koczuje w aucie.  Stwierdziła że jest to tak przepiękny widok który pozostaje na całe życie (potwierdzam, jest!) i chce zobaczyć go pierwszy raz z osobą z którą spędzi resztę życia. Bardzo fajne i romantyczne:)

Kolejnym dniem znów rządził chaos, jazda bez celu, przed siebie. Po przejechaniu kilku kilometrów zobaczyłem znak wskazujący drogę do jakiegoś wodospadu, pomroczność jasna dała o sobie znać, coś gdzieś czytałem o jakimś wodospadzie, nawet ludzie chwalili, więc warto zjechać z lekko dziurawej drogi i zobaczyć co tam na mnie czeka. Zaraz za zjazdem z głównej drogi siedział cieć i kasował za parking, czasem wydaje mi się że są w zmowie z naszymi góralami, tam też trzeba płacić za parking przy każdej lepszej atrakcji, zazwyczaj parkingi zaczynają już się kilometr przed, a nieświadomy turysta widząc napis według jednego prostego szablonu: „nazwa atrakcji”- parking u „właściciel”, myśli że już jest na miejscu zostawia auto i dalej ciśnie z buta, po drodze mijając pięć takich parkingów z coraz lepszymi cenami.

Wielki napis z nazwą wodospadu jak i niska cena za parking nie wzbudziła moich podejrzeń więc zapłaciłem parę THB. Uśmiechnięty starszy pan kazał iść w górę ,potem skręcić w prawo i przejść kawałek prosto. Stwierdził że bez problemów dotrę na miejsce,  po czym zaczął instruować kolejnych turystów. Po ok. 20 min marszu zwątpiłem czy dobrze idę, moim oczom ukazał się las… (nie, nie krzyży, to nie ten film).W mądrych księgach podróżniczych wyczytałem że od parking i wodospad dzieli tylko 10 minutowy spacerek więc chyba coś jest nie tak.  Kawałek dalej dostrzegłem kolejny parking, tym razem ten właściwy, okazało się że pan przy drodze postawił sobie szyld i robi niezły biznes na niczego niepodejrzewających turystach, faktycznie droga prowadziła dużo dalej, praktycznie pod samą atrakcję a parking jest darmowy.

 

Gdyby ktoś jednak nie chciał iść pieszo z właściwego parkingu przygotowano specjalną atrakcje, przejażdżkę na słoniu.

 

Ko Samui

 

Zastanawialiście się jak wchodzi się na takiego słonia? Turyści to przecież nie małpy, choć czasem jak patrzę na niektórych to mam poważne wątpliwości, ale tym zwykłym trzeba trzeba jakoś ułatwić wsiadanie.

Wybudowane specjalne stanowiska, decydując się na przejażdżkę, wprowadzają słonia do boksu i tam można spokojnie wejść na jego grzbiet.

Ko Samui

 

Sam postanowiłem się przejść, na słoniu jeszcze zdążę pojeździć. Sama trasa jest bardzo prosta, ale momentami stroma co w połączeniu z bardzo wysoką temperaturą daje się odczuć.

Ko Samui

 

 

Momentami trzeba było przeskakiwać bo kończyły się szczebelki.

Ko Samui

 

 

 

Docierając na miejsce najpierw dostrzegłem mały kramik z artykułami pierwszej potrzeby w tym miejscu,  czyli woda i słodkie napoje. Bardzo mało osób pamiętało o tym wyruszając w drogę z parkingu, przecież to tylko 5 min drogi. Zaraz obok znajdował się sławny wodospad. Cóż można powiedzieć… spodziewałem się czegoś dużo większego i bardziej widowiskowego. Dookoła skończyły się znaki wskazujące drogę więc to musi być tu.

 

Ko Samui

 

Skoro już wdrapałem się tu to stwierdziłem że posiedzę chwilę,  kupię coś do picia i ochłonę. Gdyby nie to że nie wziąłem wody pewnie bym skończył zwiedzanie w tym miejscu jak większość turystów którzy ze mną szli i zawróciłbym odnaleźć skuter,  o ile go jeszcze nie ukradli bo przecież nie ma żadnych zabezpieczeń. Kupując wodę, kobieta za ladą powiedziała mi że to nie jest „ten” wodospad, właściwy jest dalej i wskazała niezbyt przetartą drogę.

Ko Samui

 

Raz się żyje więc w drogę! Wspinaczka trwała znów kilkanaście minut, po drodze 2 razy chciałem już zawrócić gubiąc wydeptany szlak i przedzierając się przez gąszcza,ale coś ciągnęło mnie do przodu. Wysiłek jednak się opłacał, dotarłem nareszcie we właściwe miejsce.

Ko Samui

 

Gdyby ktoś w tym otoczeniu przepięknej przyrody chciałby oddać cześć Budzie,  nie ma z tym problemu.

Ko Samui

 

Praktycznie nie było tam żywego ducha, spędziłem pół godziny rozkoszując się tym widokiem, w tym czasie przewinęła się tylko jedna parka. Zastanawiam się czy dowiedziałbym się o tym miejscu gdybym nic nie kupował, tylko podszedłbym i zapytał. Może to tylko taki bonus dla wspomagających wolny handel. Wracając znalazłem skuter dokładnie w tym miejscu w którym go zostawiłem, nikt się nim nawet nie zainteresował. Znalazłem to właściwe słowo gdyż skróciłem sobie drogę „na przełaj” i wylazłem w zupełnie innym miejscu niż wydawało mi się że dotrę. Dodatkowo słońce zmieniło położenie i zamiast zbawiennego cienia skuterek znalazł się w pełnym palącym słońcu. Wiecie w którym momencie to zauważyłem? Dokładnie w chwili w której z pełnym impetem posadziłem swoje cztery litery na rozgrzaną imitacje skóry, to był moment w którym nauczyłem się najpierw sprawdzać temperaturę siedziska, a potem dopiero siadać.

 

Jadąc dalej w kierunku bliżej nieokreślonym dotarłem do kolejnej świątyni, zwanej przez większość turystów Świątynią Medytującego Mnicha.

Ko Samui

 

Świątynia z pozoru nie wyróżnia się z daleka niczym szczególnym, jednak po wejściu dostrzegamy owego medytującego mnicha. Są to siedzące w pozycji medytacyjnej, zmumifikowane zwłoki buddyjskiego przywódcy duchowego który rozdał wszystko co posiadał ubogim i sam poświęcił się życiu zakonnemu. Zmarł w podeszłym wieku podczas bardzo długiej medytacji w 1973 roku, co ciekawe jego zwłoki nie zostały w żaden sposób zakonserwowane, uległy naturalnej mumifikacji co zostało uznane przez wielu jego uczniów za cud. Od innego mnicha dowiedziałem się że sam przeczuwał swoją śmierć, więc przed ostatnią medytacją poprosił uczniów aby po śmierci pozostawili go w tej świątyni , tak aby mógł swoim widokiem umacniać w wierze innych.

Ko Samui

 

Okulary przeciwsłoneczne zostały założone długo po jego śmierci z całkiem przyziemnego powodu, podczas mumifikacji wyschły mu oczy i puste oczodoły straszyły dzieci.

 

Wracając na kolacyjkę zajechałem jeszcze po drodze zobaczyć „marzenie dziadka”, ponoć babcia też była obok ale akurat był przypływ i zakrył całą atrakcję,  zdjęcia dla bystrych:)

 

Ko Samui

 

Niestety to był ostatni dzień, następnego dnia rano trzeba pożegnać się z rajską wysepką i ruszać dalej na podbój Malezji! Wydostać się z wyspy  można na dwa sposoby, promem którym tu dotarłem, lub samolotem z lokalnego lotniska które niestety nie oferuje tanich połączeń. W pakiecie z promem dorzucali gratis bezpłatne odebranie z dowolnego hotelu, tym razem naprawdę było to bezpłatne. Na przystań odstawili wszystkich pół godziny przed wypłynięciem więc miałem czas rozejrzeć się dookoła. Wcześniej jakoś nie ciągnęło mnie od tego miejsca, wiedziałem że przybycie tu będzie oznaczać pożegnanie z wyspa.

 

Wiele osób na wyspie zajmuje się rybołówstwem, wśród właścicieli łódek zauważyłem pewną analogię do naszych „bezkręgowców.” Im bryka jest głośniejsza, tłumik bardziej pierdzi tym lepiej, tu jest podobnie, im dłuższa śruba i głośniejszy silnik tym właściciel lepiej się czuje i może poszpanować wśród swojego towarzystwa.

Ko Samui

 

 

Sam transfer i dotarcie na lotnisko to czysta formalność, biorąc pod uwagę organizacje Tajów w tym temacie. Przez cały czas czułem że o czymś zapomniałem, o czymś bardzo ważnym. Bilet? Paszport? Jakieś graty? Przypomniałem sobie czekając na odprawę… w sumie to nie ja sobie o tym przypomniałem, ale mój żołądek który zaczął powoli konsumować kręgosłup, jak na złość  za odprawą wszystkie budki były pozamykane,mimo że zbliżało się południe.  Jakoś trzeba będzie przeżyć.. Jedzenie jest przereklamowanie, wody się napij! Ktoś mi tak kiedyś powiedział 🙂 Najgorsze jest to że już drugi raz popełniłem ten błąd. Na szczęście całość przebiegła błyskawicznie, sam lot nie był zbyt długi ale trochę męczący.

 

Lecąc do „ciepłych krajów” zazwyczaj nikt nie zabiera niczego ciepłego ze sobą bo i po co? Przecież jest ciepło! Zabrałem ze sobą koszulę z długim rękawem ale zakopałem ją głęboko w plecaku. Zatęskniłem za nią już w samolocie, słyszałem że Malezyjczycy nadużywają klimatyzacji ale nie sądziłem że taż tak. Zaczęło się w samolocie, ludzie pozakładali jakieś narzuty, ale dało się jeszcze wytrzymać, najgorzej było po przylocie do Kuala Lumpur, po wyjściu z samolotu nie wierzyłem własnym oczom ale kilka osób wyciągnęło kurtki! W Malezji… na dworze ponad 30 stopni a ktoś był tak przewidywalni i zabrał ze sobą kurtkę.. Różnica temperatur stała się nie do zniesienia, zacząłem dygotać jakbym dostał gorączki, gdyby jakiś celnik obserwował mnie z dala na pewno nabrałby podejrzeń że coś szmugluję i trzęsę się ze strachu.

Cała formalność po przylocie nie zajęła więcej niż 15 min, najpierw trzeba podzielić się skanem linii papilarnych, jeśli komuś nie zgadzają się z tymi zapisanymi w paszporcie biometrycznym to ma problem. 🙂   W moim paszporcie zawitała kolejna pieczątka i mogę ruszać dalej. Przed wyjściem z lotniska każdy musiał przejść przez obowiązkowe prześwietlenie bagażu, ale obsługa nie była zbytnio zainteresowana tym co pokazuje się na monitorze.

Z lotniska najłatwiej dostać się busikami, które znajdują się przy wyjściu z terminala, za ok. 10 Ringgitów dowożą nas do samego centrum. Ringgity bardzo fajnie przelicza się na złotówki gdyż w przybliżeniu 1 Ringgit to 1 Złoty. Hotelik znalazłem w samym centrum, blisko chińskiej dzielnicy i wieży telewizyjnej.

 

Widok z okna na Menarę – wieżę telewizyjną. Jest jedną z najwyższych wież oraz wolno stojących budowli na świecie!

Kuala Lumpur wieża

 

Mam dla Was małą radę, zawsze czytajcie to co małym drukiem podczas rezerwowania hotelu, na miejscu okazało się że przy zameldowaniu pobierany jest depozyt, niby nic dziwnego ale tu depozyt był dwukrotnie większy niż sama opłata za nocleg!

Pod wieczór wybrałem się do chińskiej dzielnicy,  niewiele różniła się od tej w Bangkoku, zajrzałem tam tylko po to by uspokoić mój rozwścieczony przez głód żołądek i zrobić małe zapasy na śniadanie by godnie rozpocząć kolejny dzień pełen atrakcji, ale to już w następnej części 🙂

 

Kuala Lumpur

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *